Legia cudzoziemska – wywiad z legionistą – cz. 2 – szkolenia i konflikt w Afryce.

(część pierwsza była tu: KLIK)

Jesteśmy przy szkoleniach…

Legia lubuje się w marszach, taka kolejna tradycja – jak jest wymarsz, to maszeruje się dzień, noc, dzień. Z 15-20 minutowymi przerwami co… różnie, pięć albo na przykład osiem godzin. Niesie się wszystko: broń, saperkę, menażkę z wodą, kask, maskę p-gaz, plecak z jedzeniem i ubraniami. Namiot dwuosobowy jest podzielony na dwóch. Azjaci (Japończycy i Chińczycy) nie wytrzymywali tych marszów – mają za małe stopy. Kiedy źle się założyło skarpetę przed marszem, to odciski były wielkości orzechów włoskich. Robiło się marsze różne, od 25 do 100 km, ale najtrudniejszym był marsz Kepi Blanc: 250 kilometrów z trzema krótkimi przerwami… Koniec tego marszu wieńczyła uroczystość, na której wręczano białe kepi. Od tej pory można było dopiero mówić „jestem legionistą”. Kto nie ukończył marszu, po 4 miesiącach szkolenia wyganiany był do domu. Można było wyrazić chęć odejścia z Legii w trakcie szkolenia, ale te 4 m-ce trzeba było odpękać.

To te marsze właśnie sprawiły, że miałem uda jak balony.

W Castel zaliczyłem pierwszą przepustkę na kilka godzin, ale ta miejscowość to dziura, nic tam nie ma.

Po czterech miesiącach egzaminy ze wszystkiego. Zrobiłem tam francuskie militarne prawo jazdy, choć bez dobrej znajomości języka było ciężko.

Potem powrót do Aubagne, gdzie dawali przydziały już na prawdziwe regimenty.

Odtąd czuliście się już Elitą?

Każdy z naszej piątki Polaków znalazł się gdzie indziej. Ja trafiłem do 1ere R.E.C. (premiere Regiment Etrangere de Cavalerie), czyli na nasz pierwszy cudzoziemski pułk pancerny, położony w malowniczej Prowansji, w miejscowości Orange. Tu już było inaczej. Bieg tylko pół godziny, codziennie rano przed śniadaniem, potem szedłem z taboretem pod prysznic, gdzie gniłem pod gorącą strugą kolejne pół godziny.

W Orange czas plynął sobie beztrosko – raz w tygodniu jakiś marsz, ale już nie taki jak na szkoleniu, tutaj były raczej „spacery” 24-godzinne, tor przeszkód bardzo rzadko, często strzelanie – tu miałem okazję postrzelać LRAC – z ręcznej wyrzutni przeciwpancernej. Codziennie po 18:00 do Foyer na browara. W 1ere R.E.C. trafiłem na 5 Eskadron i w plutonie byłem jedynym Polakiem, trzymałem się ze Słowakiem Sidorem, a z ziomalami spotykałem się własnie na piwie po 18:00.

Pucowalismy sprzęt, lufy czołgów, apele, posiłki – do obiadu dawali wino i Rosjan wyciągano pijanych ze stołówki na apel. Były też rajdy rowerowe, łażenie po Alpach Francuskich, codziennie coś. Można było wychodzic po 18:00 na miasto i wracać nastepnego dnia rano na apel, tak samo można było zniknąć na cały weekend, jeśli nie było warty, ale legioniści wychodzili tylko na dziwki, bo wszystko inne było na dobrze zaopatrzonym regimencie.

Czas płynął szybko.

Jeździłeś na misje?

amilakwariPewnego dnia ogłoszono alarm. Spakowanych zawieziono nas na lotnisko do Marsylii. Tam przesiadka do airbusa DC-9 i dziewięciogodzinny lot do Bangui – stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Na miejscu, po wysiadce z samolotu nie mogłem złapać powietrza, gorąco jak w saunie. Dali wszystkim kamizelki i kaski kuloodporne oraz broń: po 4 granaty ręczne, jeden pełny magazynek podpięty do FAMASA (nasza broń) i 6 pełnych w zapasie, do tego każdy miał apteczkę pierwszej pomocy. Z cięższego sprzętu dostaliśmy 3 działa samobieżne, 3 ciężarówki ze sprzętem i 5 jeepów Peugot 4 z zamontowanymi na ramie karabinami maszynowymi typu Mitrallius. Załoga jednego jeepa to 6 osób: kierowca (moja fucha), obok dowódca pojazdu -u mnie był to kapral Denis, Anglik – i z tyłu 4 legionistów.

Powiedzieli, że naszym zadaniem będzie ewakuacja ludności francuskiej, bo nastąpił jakiś przewrót. Nie mamy wdawać się w żadne potyczki z FACA (Federalna Armia Central Afrykańska) i aresztować każdego czarnego cywila z bronią. No i ruszyliśmy w miasto. Jechaliśmy powoli w szyku bojowym. Już na pierwszym skrzyżowaniu otworzono do nas ogień, pomyślałem wtedy „ja pier…, w co ja się wje…m”. Działa samobieżne pojechały prosto, ciężarówki w lewo, a jeepy w prawo – zrobiliśmy to w panice. Zajęliśmy pozycję obronną na terenie jakiejś posesji, bramę zastawiliśmy cywilnymi autami, okopaliśmy się (worki z piaskiem) i czekaliśmy.

Zabijaliście ludzi?

Co jakiś czas przed bramą przejeżdżała ciężarówka wypełniona Afrykańczykami z bronią – na razie tylko przejeżdżała. Przejechała, raz, drugi, trzeci, a za czwartym razem zaczęto do nas strzelać z tej ciężarówki.

Kapral mówił, że to tylko prowokacja, że jak odpowiemy ogniem, to wrócimy wszyscy w workach do Francji. W końcu obrzuciliśmy tę ciężarówkę granatami i to tyle jeśli chodzi o pytanie, czy kogoś zabiłem. Pięć dni gniliśmy na tej posesji. Piątego dnia spadło z nieba wsparcie, wylądowało na spadochronach 500 legionistów z 2 R.E.P – elita, komandosi.

I teraz to my byliśmy Sprite, a czarni pragnienie. Wyszliśmy z okopów, aresztowaliśmy wszystkich Afrykańczyków z bronią, obstawiliśmy wszystkie główne skrzyżowania w mieście, porozstawialiśmy zasieki, wprowadziliśmy godzinę policyjną i było git. Tamtejsza ludność była wrogo do nas nastawiona, uważali nas za okupanta, na murach były napisy Legion Etrangere Casse to France (Legioniści spier…ć do Francji).

A nie byliście okupantami?

Większość z nas nie orientowała się w sytuacji politycznej, robiliśmy to, co nam kazano, za co płacono. Patrolowaliśmy miasto, przeszukiwaliśmy samochody i takie tam, w mieście zapanował spokój i pozwolono zdjąć kamizelki kuloodporne. Zaczęły się 2 – 3-dniowe wymarsze w dżunglę, że niby mamy szukać jakichś rebeliantów. Jak jedna grupa szła w dżunglę, to inna jechała na safari, czyli skontrolować okoliczne wioski. W dżungli mi się nie podobało, wszystko się rusza, robaki, pająki, węże – oprzesz się o drzewo – zaraz masz mrówki za kołnierzem, ręce puchły od wywijania maczetami. Zaczął kwitnąć handel między nami, a czarnymi, sprzedawali nam krowie gnaty jako kość słoniową, złoto które po 2 tygodniach czerniało, diamenty, co się tłukły… no mieli nas za durni i korzystali. Ale też wędrowały czasem do Polski paczki z figurkami z kości słoniowej i np. skórami pytonów – to jest u nas zakazane, ale nikt na granicach i pocztach nie sprawdzał.

fil27410W polskim Przekroju o tej misji znalazła się krótka notatka.

Długo trwała ta misja?

W Afryce byłem 4 miesiące, nawet udało mi się tam przejść malarię. Po powrocie do Francji, mimo że było lato, 30 stopni w słońcu, nas telepało z zimna. Zostaliśmy odznaczeni medalami i wysłano nas na miesięczne urlopy. Tylko, że ja nie mogłem opuszczać granic Francji, a już tęskniłem za domem, którego nie widziałem coś z półtora roku. Ściągnąłem siostrę do Francji, spotkalismy się w Lyonie, pojechaliśmy do Paryża, pozwiedzałem z siostrą Luwr, wjechaliśmy na wieżę Eiffla, pochodziliśmy po sklepach, szukaliśmy też Bastylii, która okazała się wyburzona (śmiech). W ambasadzie polskiej dostałem paszport zjazdowy – tylko w jedną stronę i pojechałem z siostrą do Polski. Co nie skończyło się najlepiej.

ciąg dalszy nastąpi…

P.S. Polecajcie znajomym, lajkujcie na FB, wspierajcie nas! Debiutujemy pod nowym adresem, i od was – czytelników dużo zależy – bardzo liczymy na was!