Legia cudzoziemska – nauka języka francuskiego – aneks do wywiadu z legionistą.

250px-French_Foreign_Legion_dsc06878Witam czytelników, wiem, że podobał się wam bardzo niedawno zakończony cykl wywiadów z legionistą – ponieważ z zawodu jestem (między innymi) tłumaczem, bardzo interesowała mnie kwestia nauczania języka w Legii Cudzoziemskiej. Oto mała niespodzianka dla czytelników i kilka słów od legionisty na ten nurtujący mnie temat.

W Castelnaudary, jednym z elementów szkolenia była szybka nauka języka. Różnie to wyglądało. Po całodniowym bieganiu po torze przeszkód, wzdłuż rzeki i na bieżni, szliśmy do salki, gdzie mieliśmy naukę francuskiego. W rogu salki stało wiadro z wodą, a obok na taborecie leżały kajdanki. Ciekawe po co? Rozsiedliśmy się wygodnie, wyciągnęliśmy zeszyty, do salki wszedł sierżant, podszedł do tablicy, wziął kredę i obwieścił, że dziś będziemy uczyli się kolorów. „C’est la couleur verte (zielony), c’est la couleur noire (czarny)” i jechał po kolei. Po całodziennym bieganiu jego głos stawał się coraz bardziej cichy, powieki coraz cięższe… już zasypiałem, ale z tego marazmu otrząsnął mnie raban. Kolega Szubin z Rosji zasnął i spadł z krzesła. Kaprale skuli mu kajdankami ręce z tyłu, obrócili głową w dół i trzymając za nogi, wsadzili jego głowę do wiadra z wodą. Tego dnia już nikt więcej nie zasnął na zajęciach, ale w trakcie całego szkolenia chyba każdy zaliczył wiaderko. Nawet ja.

Często za niezrozumienie tego co przełożony mówił, można było po prostu dostać w mordę. Miałem sytuację, że adiutant – dowódca kompanii, złapał mnie na korytarzu i coś mówił po francusku: „ble, ble, ble, ble, ble, wykonać!”. Zrozumiałem tylko ostatnie słowo. I co tu zrobić? Nie powiem mu, żeby powtórzył jeszcze raz, powoli i najlepiej zmienił słowa, bo tych nie zrozumiałem. Za takie coś od razu by mnie spoliczkował albo uderzył pięścią w brzuch, albo po prostu kopnął w dupę. Poszedłem na palarnię, spaliłem papierosa, wróciłem do dowódcy i mówię: „zrobione!”. A on: „to idziemy!”. Wyszliśmy przed budynek kompanii, a dowódca pyta: „i gdzie ten samochód?”, a ja: „jaki samochód?”. Ale miał minę… Nie dostałem lania, tylko adiutant zawołał kaprala, któremu powiedział, żeby zabrali mnie sprzed jego oczu.

Liczyć nauczyliśmy się dość szybko. Często w ciągu dnia kazano nam się ustawić w jednym szeregu i było: „kolejno odlicz!”. Za pomyłkę soczysta pięść w brzuch, po której nie można było złapać tchu. Jeżeli ustawialiśmy się na powietrzu według wzrostu, to byłem zawsze 25-ty, a jak była zbiórka na korytarzu przed salami, to byłem 14-ty. Nauczyłem się tych dwóch liczebników na pamięć i tak stawałem, żeby być albo 14-tym albo 25-tym. Inni też tak robili, ale kaprale zwęszyli intrygę, przetasowali nas i kazali odliczyć. Posypały się pięści.

Przy nauce śpiewania dostawaliśmy tekst i po 10 minutach trzeba go już było znać na pamięć. Kapral nadawał melodię i śpiewaliśmy. Kaprale chodzili między nami i przykładali uszy do naszych ust, czy aby na pewno wszyscy śpiewamy. Jak ucho kaprala było przy moich ustach, to jechałem same samogłoski „oooo, aaaaa, eeee” i przechodziło.

Na farmie w Pirenejach zaprowadzono nas w lesie na polanę, sierżant wziął kija, wskazywał nim i nazywał różne rzeczy: „to jest drzewo”, „to jest kamień”, „to jest gałąź”, „to jest trawa”, „to jest ścieżka”, „to jest kwiat”. Potem była 5 minutowa przerwa na papierosa, zbiórka, kapral pokazywał wcześniej wymienione rzeczy i pytał każdego po kolei: „co to jest?”. Pamiętam – Chińczykowi pokazali drzewo i nie umiał go nazwać. Sierżant podskoczył w górę, obrócił się w locie o 360 stopni i Chińczyk dostał butem w twarz, a z nosa poszła mu krew. Polak, który stał obok mnie, szturchnął mnie i mówi: „przypomnij mi jak się nazywało drzewo, bo mnie zabiją”… Oczywiście ziomek do mnie szeptał, bo używanie własnego języka na szkoleniu było surowo zakazane.

Po szkoleniu na regimencie, język doskonaliło się we własnym zakresie, nie było już niańczenia. Tylko że na regimencie można już było nawijać po polsku, a słowo „k…a” było wszechobecne… Na Polaków mówili MAFIA K…A albo BANDA PIKOLE (banda pijaków), albo ANGAŻE GAMEL (ochotnicy do gara), że niby Polacy są w Legii tylko po to, żeby się dobrze najeść i napić.

Nauka była raczej fonetyczna i po tych kilkunastu latach już niewiele zostało w pamięci.