Konie dla faceta. O jeździectwie, kobietach i koniach.

Zapraszam dziś Was na artykuł autorstwa kolegi, znanego publicysty, autora popularnego bloga: Konie achałtekińskie i… inne sprawy!

W dzisiejszych czasach jeśli przeciętnego faceta jarają jakieś konie, to głównie – mechaniczne. W szkółkach jeździeckich, a nawet w stajniach sportowych zdecydowana większość zarówno zwykłych użytkowników, jak i tzw. „kadry“ (trenerskiej na przykład…) to panie.

IMG_9400

No właśnie, drodzy panowie: po co się chodzi do modnych klubów, gdzie z reguły samo wejście sporo kosztuje, muza jest do bani a cena drinka może przyprawić o zwał..? No – po co..? Tak jest, widzę las rąk z sali – dlatego, że są tam kobiety. Niunie. Lachony. Dzidy. Zresztą – nie ma się co silić na slang. Widzę, że rozumiemy się bez słów…

Panowie! Już sam widok zgrabnych tyłeczków (dlaczego są zgrabne, o tym kapkę niżej…) w obcisłych bryczeskach i podskakujących w rytm kłusa biustów – bezcenne! A jakie możliwości…

1

Dobrze jeździć konno, odnosić sukcesy w sportach jeździeckich to prawie jak dożywotni karnet do wszystkich najlepszych klubów w mieście (naprawdę dożywotni, bo nie ma górnej granicy wieku: w tym sporcie, im człowiek starszy, tym więcej ma doświadczenia i lepiej mu idzie…). Przy tym, zamiast się truć dymem i alkoholem wyrabiamy sobie charakter (o czym niżej), ćwiczymy zdolności przywódcze (myślicie że dlaczego dawniej królowie i wodzowie tyle jeździli konno?), koordynację ruchową, refleks, równowagę i wyobraźnię przestrzenną.

Przekonałem..? No to jedziemy dalej – poniżej krótki poradnik. Jeśli będziecie się go trzymać i postępować tak, jak Wam radzę – odniesiecie sukces.

  1. Początki, czyli „rekreacja“.

Dawniej ludzie uczyli się jeździć konno w tym samym czasie co chodzić. I tak jest zdecydowanie najlepiej. Do jazdy konnej bowiem wcale nie potrzebujemy rąk, nóg, wyćwiczonego ciała, rozbudowanych mięśni (sorry, ale intensywny trening siłowy WYKLUCZA wsiadanie na konia: przećwiczyłem to przez kilka miesięcy łącząc w czasie studiów jedno i drugie i dałem sobie spokój z siłownią – po tym, jak dwa razy pod rząd urwałem tzw. „przystułę“, czyli pasek, do którego przypina się popręg…).

IMG_5417

Na koniu jeździ się głową, a nie dupą.

Z pary koń i jeździec to koń jest od tego, żeby ruszać mięśniami. Jeździec ma ruszać głową. Właśnie dlatego – można ten sport uprawiać w wieku 100 lat – i ja na przykład rywalizować ze 100-letnim Kozakiem się nie podejmę, bo jest to beznadziejne zadanie.

Problem polega na tym, że jazda konna NIE przypomina chodzenia, biegania, pływania. Odruchy, których uczy się ludzki mózg wykonując te rodzaje aktywności ruchowej PRZESZKADZAJĄ w utrzymaniu równowagi na koniu.

IMG_6761

Dlatego na konia najlepiej jest wsadzić 3 – 4 latka (akurat będą się doskonale ze sobą porozumiewać, bo konie tyle mniej – więcej wykazują inteligencji, co ludzki 4-latek…). Współcześnie można to zrobić bezpiecznie, bez takich hardkorów, jakie czasem pokazują na starych westernach.

Na początek zatem namawiam Panów na to, żebyście posłali na kucyki swoje dzieci. Wszystkie. Syna też. Zanim się smarkacz zdąży dowiedzieć od kolegów, że motory są fajne. To tak jak z tańcem – na początek trzeba przymusić, dopiero potem zajarzy, że to umiejętność przydatna w życiu…

A jak już się ma te… dzieści lat i chce się zacząć samemu..?

IMG_8263

Rozmawiamy między nami, facetami, prawda..? Nie powiecie żadnej babie, co tu przeczytaliście, OK..?

Kobiety świetnie się dogadują z końmi. Ale, na ogół – fatalnie uczą jeździć! Za bardzo się przejmują panicznymi krzykami wydawanymi przez kursanta, który na początku co i raz traci równowagę. Poza tym, większość instruktorek w szkółkach jeździeckich dla początkujących „odrabia“ tą pracą własne jazdy – i nie traktuje swojego zadania profesjonalnie.

W efekcie źle się to kończy – zwłaszcza z facetami, którzy są fizycznie silniejsi, więcej dłużej znoszą taki „trening“.

Na czym to zwykle polega? Zwykle polega to na tym, że próbuje się początkującego nauczyć tzw. „anglezowania“. Jest to trik, wymyślony przez pedałkowatych lordów 200 lat temu. Oto – unosząc się rytmicznie w siodle można sprawić, że człowieka siedzącego na kłusującym koniu mniej trzęsie. Dzięki czemu – łatwiej mu zachować równowagę.

Problem polega na tym, że 99,99% potraktowanych tak „na dzień dobry“ kursantów zaprze się nogami w strzemionach i nie próbując nawet złapać naturalnego rytmu ruchu konia – będzie ćwiczyć przysiady.

To jest naprawdę fajne ćwiczenie na pośladki – i właśnie dlatego warto choćby raz wpaść do jakiejś stajni, popatrzeć na jeżdżące tam panie. Z tyłu. Z jazdą konną jednak nie ma to NIC wspólnego.

Im silniejszy facet, tym dłużej może te przysiady ćwiczyć. W końcu spuszczają go z lonży i wtedy nadchodzi moment prawdy. Większość, ponieważ nawet nie próbowała dopasować się do konia – spada, czasem się łamie, w większości przypadków – daje sobie siana i przesiada się na motocykl.

IMG_8026

Niektórzy, zwłaszcza ci fizycznie słabsi, którzy nie byli w stanie tak długo „pakować“ – zaczynają się od tego momentu uczyć samemu, przechodząc żmudną drogę pozbywania się nieprawidłowych odruchów, dobrze już zakodowanych w mózgownicy…

Czy da się inaczej..? Pewnie że się da!

Ponieważ jesteśmy tu sami faceci, podpowiem Wam sposób opisany w cudnej książeczce Siergieja Mamontowa „Pohody i koni“. Są to fabularyzowane wspomienia oficera carskiej artylerii konnej z czasów I wojny światowej i wojny domowej. M.in. jest tam opis początkowego kursu jazdy konnej w oficerskiej szkole artylerii konnej w Petersburgu.

Na początek instruktor zabrał kursantom strzemiona. Ten chiński wynalazek oczywiście ułatwia wykonanie wielu rzeczy na koniu, ale też stwarza złudne zupełnie podobieństwo między jazdą konną a staniem twardo na ziemi. A chodzi o to, żeby się jak najszybciej zaadaptować do zupełnie innego rodzaju równowagi! Równowaga na koniu jest dynamiczna. I to jeździec musi się dopasować do konia, a nie odwrotnie!

No więc – wskakiwali ci kursanci na konie bez strzemion (wbrew pozorom to nie jest takie trudne – na początek zawsze można wchodzić z taboretu czy z ogrodzenia, ewentualnie kolega pomoże…). A potem byli ganiani w kółko tak długo, aż załapali. Dopiero kursant, który się dobrze trzymał w siodle mimo braku strzemion najpierw dostawał do ręki wodze (wcześniej koń chodził na długiej lince, tzw. „lonży“, trzymanej przez trenera) – a na samym końcu kursu: strzemiona.

Jest to metoda brutalna, może się skończyć nawet złamaniem karku, przy odrobinie pecha – stąd nie polecam Wam wcale próbować jej na swoich dzieciach, kolegach czy starych rodzicach. Ale na sobie..? Potrzebny jest oczywiście kolega (lub koleżanka…), który będzie trzymał lonżę.

IMG_5141

Obiecuję, że będzie bolało. Na początek spróbujecie odruchowo usztywnić uda i kolana i zaprzeć się w ten sposób w jednym punkcie końskiego grzbietu. To się Wam nie uda, bo nie ma takiego twardziela, którego by w końcu nie dopadł skurcz mięśni, gdy coś takiego zrobi. Wreszcie się przekonacie, że do utrzymania się na koniu nie służą wcale nogi, czy też – broń Panie Boże – ręce – a balans ciała. Gdy to załapiecie, reszta już będzie prosta…

  1. Sporty jeździeckie

Jako wschodząca gwiazda rekreacji konnej (po zastosowaniu rady, której Wam udzieliłem w punkcie 1 powyżej) spotkacie się z podziwem współkursantek, a być może nawet i instruktorek. I tu pojawia się niebezpieczeństwo: możecie spocząć na laurach.

Ale przecież facet powinien być ambitny…

Ambicja kieruje ambitnego faceta do ambitnych celów.

Olimpiada..? Mistrzostwo świata..? Europy chociaż..?

No cóż. Pamiętacie co pisałem o 100-letnim Kozaku..? On zaczynał jeździć jak miał góra 3 lata. Nikt, kto zaczął w wieku lat …dziestu – nie zdoła takiemu dorównać. Zbyt trudno jest wykorzenić z głowy nawyki, które przeszkadzają w skutecznym zespoleniu się z koniem.

Ale – jeśli syn wykaże zainteresowanie i uzdolnienia… Jakiś milion czy dwa inwestycji – i będzie mistrzem!

Chociaż podobno to się udaje dopiero w trzecim pokoleniu. Jak noszenie fraka z gracją…

Żarty na bok!

Patrząc po sobie i po znajomych w chwili, gdy ambicja każe Wam wyjść poza czystą rekreację konną staniecie przed koniecznością wyboru. Jest to wybór nieodwracalny (praktycznie). I dlatego warto z góry o nim wiedzieć…

Pomijam tu jazdę wyścigową (o której możecie właśnie poczytać mrożące krew w żyłach opowieści u koleżanki Kamphory z Podlasia: http://moje-podlasie.blogspot.com/) – bo wyścigów, technicznie rzecz biorąc, nie uważa się za „sport jeździecki“, są to dwa różne światy, gdzie w ogóle jeździ się całkiem inaczej.

W świecie „sportów jeździeckich“ musicie na samym początku wybrać – nad czym jest Wam wygodniej pracować? Nad techniką jazdy – czy nad wytrzymałością?

Brzmi zagadkowo, ale już objaśniam. Na przykładach.

Mamy aż trzech z znajomych – samych facetów (tak się złożyło), którzy zaczęli jeździć stosunkowo późno i skończyli (lub planują skończyć) jako rajdowcy.

W rajdach długodystansowych nikt nie ocenia stylu jeźdźca, tego czy prawidłowo trzyma wodze, czy ma „właściwy“ dosiad i czy jego czapraczek jest istotnie śnieżnobiały. Ma pokonać odległość z punktu A do punktu B w możliwie jak najkrótszym czasie nie zabijając przy okazji konia (czemu służą tzw. „bramki weterynaryjne“: co kilkanaście – kilkadziesiąt kilometrów – a są rajdy, na poziomie mistrzostw Europy, a czasem Polski – bo nie zawsze jest frekwencja – nawet i na 160 km… na „bramce weterynaryjnej“ lekarz ogląda konia w spoczynku i w ruchu i mierzy mu tętno – dlatego nie da się jechać zbyt szybko, bo jeśli w określonym czasie tętno nie zejdzie do „spoczynkowego“, albo koń kuleje, czy też ma widoczne rany – para jest dyskwalifikowana…).

Jest to trening wytrzymałości, szacunku dla konia, a przede wszystkim – charakteru. No bo cały rok, świątek, piątek czy niedziela – wsiadasz i jedziesz! Po 30 – 40 km. Inaczej nie masz czego szukać na zawodach…

Być może podobnie jest w konkurencjach tzw. „westernowych“, które robią się dość popularne – zwłaszcza właśnie wśród panów przeżywających „kryzys wieku średniego“ – ale tego nie wiem, bo przyznam, że estetyka „westernu“ jakoś mnie zawsze odrzucała jako kiczowata i nic nie mająca wspólnego z lokalną tradycją nadwiślańską…

Tak więc jeden możliwy wybór, to praca nad wytrzymałością – i rajdy (lub, ewentualnie, western – o którym jednak nic prawie nie wiem i stąd chyba gospodarz bloga powinien, jeśli chce ten wątek pociągnąć, zaprosić kiedyś jakiegoś „westowca“, żeby o tym opowiedział…).

Drugi możliwy wybór, to praca nad techniką jazdy. Czyli, przede wszystkim, tzw. „ujeżdżenie“ (nigdy, przenigdy, nie mylić z „ujeżdżaniem“..!). Ujeżdżenie jako dyscyplina, jest bodaj najbardziej sfeminizowanym sportem koedukacyjnym na świecie – bo, prawdę powiedziawszy, to nie kojarzę ani jednego faceta spośród znajomych, który by się tym właśnie zajmował. A babek – mnóstwo…

No i to jest problem. Ponieważ tak się nieszczęśliwie składa, że ujeżdżenie jest nie tylko samodzielną dyscypliną sportową, ale też – absolutnie niezbędną podstawą dla całej reszty (innych niż rajdy) sportów konnych.

Faceci zwykle wybierają skoki. Lub, ewentualnie, tzw. „wszechstronny konkurs konia wierzchowego“. A żmudne kręcenie kółek i zygzaków na czworoboku ich nudzi, a czasem nawet i brzydzi.

A potem widzimy na zawodach rangi mistrzostw Polski, jak między przeszkodami zawodnik lewituje nad grzbietem konia, szarpie konia za pysk, miotają się nie wiadomo gdzie i czasem spektakularnie się ze sobą rozstają. Co jest ulubionym momentem czających się przy bandzie fotoreporterów…

Dlaczego? Dlatego, że zawodnikowi nie chciało się żmudnie ćwiczyć kółek i zygzaków na czworoboku. Wyrabiając sobie niezbędną technikę jeździecką i… charakter! Oczywiście, że charakter. Bo jak ktoś chce dobrze skakać – to też musi ćwiczyć codziennie. Świątek, piątek czy niedziela – cały rok.

IMG_8643

  1. Sam szpan, czyli własny koń (i stajnia..?)

W punkcie 2 powyżej wspomniałem o kosztach. Tym tematem zakończymy niniejsze rozważania.

Istnieje masa dowcipów na ten temat. A to dlatego, że sami koniarze zwykle uważać się za ludzi dotkniętych manią, pozbawionych zmysłu ekonomicznego, wręcz chorych.

Skądinąd jednak – mnie się udaje utrzymać „przy koniach“ będąc od 6 lat bezrobotnym. Jak widać – to wcale nie jest takie proste ani oczywiste. I jest masa rzeczy, na których da się oszczędzić. Oraz bardzo wiele takich, na których oszczędzać w żadnym wypadku nie należy…

Zacznijmy od tego, że nie należy ZWYKLE do pomysłów rozsądnych zaczynać przygodę jeździecką od zakupu konia. Ale… kilku moich znajomych tak właśnie zrobiło. Kupili sobie konie. I dopiero potem zaczęli na nich jeździć. Co w zasadzie przesądziło o tym, że jeżdżą „wytrzymałościowo“, a nie „ujeżdżeniowo“ – ale skoro dobrze im z tem..?

Większość zaczyna jednakowoż od wykupienia jazd w jakiejś szkółce. Jest to koszt od 30 – 40 do nawet 100 zł za godzinę. Spada, kiedy kupuje się tzw. „abonament“, czyli co najmniej – kilkanaście jazd. Inna rzecz, że nie ma się co spieszyć z „abonamentem“ – wszak, nie wykorzystany, przepada. Na początek zatem warto odwiedzić kilka stajni (nie ma w tej chwili praktycznie miejsca w Polsce, gdzie nie byłoby sporego w tym względzie wyboru – i zaciekłej między stajniami konkurencji!), a „abonament“ wykupić dopiero w tej, gdzie się nam najbardziej spodoba.

Na początek można jeździć w dresie i w trampkach (byle ten dres nie miał za grubego szwu po wewnętrznej stronie – bo zaboli…). Ale wiadomo, że nie po to się jeździ do stajni, żeby dziewczyny wytykały nas palcami jako „wieśniaka“, który nie wie jak się ubrać – nieprawdaż?

No i tu na początkującego adepta sztuki jeździeckiej czeka prawdziwe pole minowe. Nie ma takich pieniędzy, których nie dałoby się przepuścić w sklepie jeździeckim! Bryczeski, koszulki, fraczki (to dla „ujeżdżeniowców“), czapsy i kamizelki (to dla „westowców“), toczki, kapelusze, długie skarpety w kratę (jedyne dopuszczalne, bez nich cała jazda na nic…), buty różnych rodzajów (na zimę, na lato, codzienne i odświętne…). A wszędzie marki i marketing, a wszędzie „półki cenowe“ i pułapki. Brrr..!

Da się to obejść? Ależ oczywiście, że się da!

Będąc biednym studentem bryczesy… dałem sobie uszyć u krawca. Z mundurowej gabardyny. Tyle, że akurat czarnej. Kosztowało to około stu złotych (w przeliczeniu, bo to było jeszcze przed wymianą pieniędzy), więc tyle, co podobny produkt z zaledwie „średniej“ półki cenowej, wyglądało jak produkt z półki najwyższej, służyło mi ponad 10 lat nim w końcu je zdarłem – a doprawdy: nikt mi nie mógł zarzucić, że „wieśniaczę“…

Buty? Dałem sobie uszyć oficerki w spółdzielni „Hubertus“, ongiś obsługującej partyjno – państwową wierchuszkę (chyba już nie istnieje, bo same dziadki tam pracowały już wtedy…). Co prawda teraz, po ponad 20 latach, mimo rozbicia i trzymania na prawidłach raczej ich już nie założę – noga nie ta – ale są jak najbardziej zdatne do użytku i pewnie sto lat też wytrzymają, o ile coś im się nie stanie. Kosztowały kilkaset złotych. Żebym tylko takie interesy robił..!

IMG_7648

Siodło..? Pan Pydo, znamienity rymarz z Legionowa (tyle, że terminy realizacji ma długie, bo kolejka chętnych czeka…) wykonał mi od podstaw replikę wojskowej kulbaki z lat 30-tych, z jukami, za 1300 złotych. W porównaniu z cenami „sklepowymi“ podobnej jakości sprzętu, są to grosze. Oryginalną kulbakę, którą moja siostra wygrzebała gdzieś na chłopskim strychu, jeszcze noszącą pieczęcie przedwojennej wytwórni i 16 Pułku Ułanów z Grudziądza – restaurował za 300.

Jaka jest zatem rada na marki i marketing, „półki cenowe“ i pułapki w sklepach..? Olać to! Strój i sprzęt który jest zarówno funkcjonalny i trwały, jak i „szpanerski“ – prawdziwy facet daje sobie robić na miarę, u rzemieślnika. Nielicho przy tym oszczędzając…

Gdybym teraz chciał kupić siodło sportowe – nawet nie próbowałbym szukać w sklepach, tylko od razu uderzałbym (uwaga, uwaga, będzie „product placement“) do firmy HB Contact (http://hbcontact.eu/) z Pleszewa w Wielkopolsce (stolicy polskiego rymarstwa). A gdybym szukał siodła do rajdów, zwróciłbym się do mojego przyjaciela, Zbyszka Bieszczada, który kilka lat temu przyjechał do nas z Radomia (40 – 50 km lasami) na kulbace własnej roboty:

IMG_7649

Gorzej jest, gdy chcemy kupić konia. Konie są wprawdzie w Polsce tanie (o wiele tańsze niż praktycznie wszędzie dookoła…) – ale bardzo łatwo trafić na oszusta. A leczenie konia – to bardzo, ale to bardzo kosztowne przedsięwzięcie… Więc: trzeba uważać. Jeśli już chcemy kupować konia – kupujmy albo takiego konia, którego już znamy, albo – korzystajmy z pomocy bardziej doświadczonego kolegi, a najlepiej – weźmy ze sobą weterynarza. Weterynarza – dodajmy – specjalistę, który się zna na koniach i ma potrzebny sprzęt. Np. do tego, żeby wkonać usg stawów, jeśli podejrzewa, że coś z nimi jest nie w porządku.

IMG_11830

Utrzymanie konia, a zwłaszcza trening są niestety w Polsce kosztowne – a, co gorsza, bardzo trudno jest liczyć na uczciwość usługodawców. Dlatego zresztą wielu czołowych polskich zawodników albo jeździ na zagranicznych koniach, albo – oddaje je na utrzymanie i w trening zagranicą. Bywa – znam takie przypadki – gdy polski trener celowo „psuje“ konia, żeby jego właściciel tanio go sprzedał. Nie mówiąc już o prawdziwej pladze bardziej pospolitych przestępstw: od wepchnięcia klientowi chorego lub znarowionego konia, chwilowo doprowadzonego do stanu używalności prochami, aż po trywialny zupełnie fakt, że opisów rzekomych umiejętności konia, podawanych w ogłoszeniach o sprzedaży nawet nie ma po co czytać, tak niestworzone bzdury sprzedający tam wypisują…

Tak to już jest, gdy rynek wąski a kupujący ogarnięci pasją, która często, niestety, drastycznie zawęża postrzeganie rzeczywistości…

IMG_10389

Kalkulacja kosztów zmienia się zdecydowanie na korzyść, gdy mamy własną stajnię. A tu – właśnie szukam dla pewnego klienta gospodarstwa na sprzedaż – okazuje się, że jest z czego wybierać i że tego rodzaju oferty, np. w mojej okolicy, czyli w odległości od 80 do 100 km od Warszawy (a komunikacja – mimo wszystko – coraz lepsza…) wciąż są tanie i dobre.

Cóż – każda pliszka swój ogonek chwali: po bardziej szczegółowe rady zapraszam do mnie. Kontakt przez bloga: http://boskawola.blogspot.com/ .

P.S. Prawa autorskie – w przeciwieństwie do moich zdjęć udostępnianych jako Creative Commons – opublikowane zdjęcia są autorstwa Jacka Kobusa. Wykorzystanie i publikacja tylko za zgodą autora /kontakt powyżej/.